Relacja porodowa Mai

Dziś mija tydzień odkąd nasza córeczka jest z nami. Urodziła się 03 lutego o 12.13 ważąc 3100 i mierząc 57cm – wysoka i szczupła. ;)

Marcelinka jest jak aniołek, pięknie śpi, pięknie je i na dodatek czasem pięknie płacze. Ale teraz odpowiem na  pytanie: „jak to było?”. Otóż poszło ekspresowo. Nad ranem wstawałam do toalety i czułam lekki ból, podobny do menstruacyjnego. Spokojnie jednak zasnęłam z powrotem i jak wstaliśmy chwilę przed 9 rano rzekłam do Przemka, że jest możliwe że to właśnie dziś urodzę, bo coś się zaczyna dziać. Jednak z racji tego, że wszędzie mówią że kobietki rodzące pierwszy raz rodzą wiele, wiele godzin to postanowiłam nie panikować. Zajęłam się poranną toaletą, zaczęłam sobie robić owsiankę, dopakowywać ubranka dla małej do szpitalnej walizki… I nawet nie zauważyłam kiedy akcja porodowa tak się rozhulała, że niemal co chwilę musiałam opierać się o coś lub klękać, bo miałam skurcze. Postanowiłam je zmierzyć by wiedzieć jak są często i ile trwają… i wyszło, że bardzo często i bardzo długie, więc stwierdziłam, że coś źle mierzę i sobie odpuściłam. Przemek już mocno namawiał na wyjazd do szpitala, ale jak mam swoją wizję to trudno mnie zmobilizować. Koniec końców owsianki zjeść nie zdołałam bo skurcze nie dawały włożyć łyżki do buzi i do szpitala zapakowałam się jak stałam w piżamie, bo ubranie się też było mega wyzwaniem. W szpitalu byliśmy ok. 11.00 i miałam już 6cm rozwarcia! I zaczęły się dylematy – rodzić naturalnie czy przez cesarkę? Na telefon do mojego lekarza i prośbę o przybycie nie było już czasu (choć Przemek proponował wykonanie tego telefonu już z domu, ale ja naprawdę nie mogłam uwierzyć, że to może iść tak szybko, i chciałam chłopu dać odpocząć w niedzielę), a lekarze na oddziale, zgodnie z regulaminem, kazali mi podpisać, że nie wyrażam zgody na cięcie i biorę na siebie 100% odpowiedzialności za to, co się stanie z dzieckiem i ze mną + oczywiście wyliczyli możliwe zagrożenia w postaci zwichniętych bioderek, złamanych rączek itp. Dźwięczało mi też w głowie, że poród pośladkowy jest zwykle trudniejszy od tego, gdy dzidzia jest ustawiona główką. Wahałam się, kombinowałam… (cały czas zwisając ze stołu lub siedząc na sedesie;), aż lekarz powiedział, że zostawia nas i daje mi jeszcze tylko 2 min bo nie wiadomo jakie już mam rozwarcie, a on nie chce „dołem wpychać by móc górą wyciągnąć” i zdecydowałam, żeby zrobili cięcie. Z obawy o dziecko też, ale z nadmiaru intensywnych bodźców dla mnie nie mniej… Potem poszło szybko. Znieczulenie, sala operacyjna i po chwili usłyszałam płacz maleństwa. Pokazali mi ją, pozwolili pomiziać noskiem po nosku, dać buziaka i popatrzeć (bo ja jak na krzyżu podpięta pod różne aparatury byłam) i zabrali na noworodki. Mnie zszywali, a Przemek był z nią. Potem przyszedł do mnie, ale nie mogłam się ruszać bo miałam bezwładne ciało od pasa w dół, a poza tym nie można się podnosić. Po niecałych dwóch godzinach położne przyniosły do mnie Marcelinkę i zaczęły przystawiać ją do karmienia, położyły mi ją na klatce piersiowej… Fajowe. Choć cesarka jest do dupy. Pierwszy moment jak pokazali mi Marcelinkę jeszcze na sali operacyjnej był piękny i wzruszający, a potem zmagałam się z własną niemocą i było mi strasznie przykro, że nie mogę się nią zająć, że to Przemek ją nosi, przewija… a ja nie mogę wstać z łóżka, bo tak mnie wszystko po operacji boli. Wszyscy naokoło twierdzili, że radzę sobie nad wyraz dobrze, że jestem „jak gazela” (chyba postrzelona), ale to trudne gdy leży blisko Ciebie Twoje upragnione dziecko i płacze, a Tobie wstanie z łóżka zajmuje 3 minuty… No cóż, teraz jest już dobrze, jestem znów w sprawna i mogę uczyć się mojego maleństwa. Przemek jest nieoceniony i naprawdę pięknie się nią zaopiekował, kiedy ja jeszcze nie mogłam w tym uczestniczyć. Potem odwiedził mnie mój lekarz, jak również położne i lekarz z dyżuru na który trafiłam – wszyscy jednym chórem mówili, że przy tak dynamicznej akcji porodowej następne dziecko tylko dołem, i że pewnie już ułoży się główkowo. Dobrze by było. Tak więc miałam niemal pierwszą część porodu naturalną, a na wydobycie dziecka – cesarka. Cieszę się, to ważne i pewnie miało duży wpływ na to, że od razu miałam pokarm w piersiach i inne rzeczy, które przez cięcie zwykle są zakłócone, a u mnie bardzo ładnie zafunkcjonowały. Karmię małą, uczę się ją prawidłowo przystawiać i chyba z każdym dniem idzie nam lepiej. :)

Tak to wyglądało. A mama mówiła – jak tylko coś się zacznie od razu jedź do szpitala, nie czekaj, u mnie to bardzo szybko szło… Nie zawsze jednak chce się mamy słuchać i dobrze. Dobrze, że zdążyłam i dobrze, że tyle porodu siłami natury przeżyliśmy. Polecam!

Maja Pełko