Relacja porodowa Małgosi

Jak już trochę ochłonęłam po porodzie i takim euforycznym stanie mogę podzielić się moim przebiegiem porodu i odczuciami jakie wtedy miałam.

Wszystko zaczęło się 2 dni wcześniej takimi kłuciami w brzuchu coś jakby jelita pracowały, przez to tez nie mogłam za bardzo spać w nocy. Ale rano dalej mnie to męczyło, więc zaczęłam się zastanawiać, czy to może TO? Tak myślałam, gdyż powiązałam to z moją wizytą u lekarza kilka dni wcześniej, który powiedział, że wszystko jest na tyle dojrzałe, że tak do tygodnia mogę urodzić, ( a było wtedy 3 tygodnie przed terminem). Ponadto dostałam „przyzwolenie” od lekarza na poród naturalny (miałam cesarkę niecałe 2 lata wcześniej), więc myślę, że to też miało wpływ na dalsze wydarzenia. Bardzo chciałam rodzić naturalnie i strasznie się ucieszyłam, że nic temu nie przeszkadza.

Wracając do tych dziwnych skurczy, zaczęłam się zastanawiać, czy to nie są skurcze przepowiadające, termin ustalony jeszcze odległy. Ale z opisów to bardziej pasowały na takie zwykłe z pierwszej fazy porodu, gdyż były jak bóle okresowe w brzuchu i krzyżowe. Czułam się też taka pobudzona, przez co oberwało się wszystkim w domu, a nasza córeczka też była zestresowana. Więc na czas okołoporodowy dobrze być tylko samemu z mężem w domu. Myśmy mieli różne plany, ale nie spodziewaliśmy się, że to JUŻ nastąpi teraz, 3 tyg. wcześniej. Zaczęłam pakować walizkę do szpitala i jednocześnie liczyć czas pomiędzy skurczami – były na razie duże odstępy pół godziny, 20 min, godzina – różnie. Zaczęłam wdrażać różne metody pomocy, żeby jak będą te prawdziwe bolesne skurcze, to żeby wiedzieć co robić (kręcenie biodrami na piłce i bez, masaż krzyża i uciski, pozycja na czworaka, oddechy głębokie). Bo to co było wtedy to był tylko taki wstęp.

Pod koniec dnia jak już byłam spakowana, to skurcze były chyba jakoś co 10 minut i nieco bardziej bolesne, wiec stwierdziliśmy że czas jechać aby zobaczyć co się dzieje. Pojechaliśmy do szpitala na Ujastek i miałam zrobione ktg, z którego wyszło że jakieś skurcze są, ale nie porodowe i nie ma żadnego rozwarcia ani nic. Więc mamy jechać do domu, wziąć nospę i obserwować. Lekarz powiedział, że to jest taki stan, że akcja może się rozpocząć albo tej nocy albo za tydzień.

Pojechaliśmy z powrotem, ja byłam zadowolona bo chciałam być jak najdłużej w domu, ale z drugiej strony wiedziałam co się dzieje. W domu wzięłam kąpiel i nospę i trochę się wyciszyło, skurcze z co 10 minut zmieniły się na co godzinę. Rano kolejnego dnia wszystko się całkowicie uciszyło, choć odszedł mi czop śluzowy. Skonsultowałam z moim lekarzem i stwierdził, że skurcze porodowe mogą się rozpocząć za kilkanaście godzin. Więc byliśmy już tego dnia spokojniejsi i w miłej atmosferze czekaliśmy co dalej. Zaczęły się wieczorem regularne skurcze i tej nocy to już wcale nie spałam, choć odpoczynki pomiędzy skurczami miło wspominam (muzyka itp.), gdyż chciałam aby ten czas był dla nas przyjemnością. Zresztą tak było prawie do końca porodu, nawet w szpitalu, co w porównaniu z pierwszym ciężkim porodem było dla mnie dużym zaskoczeniem.

Do szpitala pojechaliśmy rano po 6, jak skurcze były tak co 5 minut i okazało się, że to jest jednak już poród (oczywiście badanie ktg, którego nie lubiłam bo wolałam się ruszać) i rozwarcie na ok. 3 cm. W Ujastku zostałam otoczona bardzo troskliwą opieką ze względu na poród drogami natury po cięciu. Oraz instrukcją, że poród musi przebiegać całkiem naturalnie i fizjologicznie i w miarę nie za długo, i jak tylko coś będzie nie tak to będą musieli ingerować (czyli cc). Ale ja oczywiście z myślą ze to super, że nie będzie żadnych przyspieszaczy ale też żadnego znieczulenia. I dla szpitala to było chyba wyzwanie bo widzę, że tam lubią aby poród szybko przebiegał. Dostaliśmy ładny pokoik do własnej dyspozycji i położną z dyżuru. I sobie w nim siedzieliśmy, a ja kontynuowałam oddechy i różne pozycje i w przerwach odpoczywaliśmy. Mąż dzielnie mnie masował i stosował coś a la ściskanie bioder, co rewelacyjnie usuwało bóle krzyżowe (dziękuję Agnieszko za instrukcje !!!). Po jakimś czasie lekarz zadecydował, aby wody odpłynęły, gdyż to naturalnie wzmocni skurcze (była godzina 11). Oj potem to było już ciężej, aby było chyba już duże rozwarcie 7-8 cm i zaczęli pytać, czy mam powoli bóle parte. Chyba jeszcze nic takiego nie czułam. Skurcze od tego momentu były bardzo bolesne, ale nie bardzo długo, bo dostałam jakiś lek rozkurczowy (bardzo dziwna metoda, żeby zmniejszać skurcze? albo tylko ich bolesność  – nie wiem). Ale mi to odpowiadało, bo troszkę było lżej. Następnie przeszliśmy do właściwej sali porodowej z takim łóżkiem do porodów. Byłam w dość dobrym humorze, bo czułam, że przede mną coś ważnego, czułam że jakaś energia zaczyna przychodzić. Skurcze nie były takie straszne, oczywiście łagodzone masażem.  Zaczęliśmy ćwiczyć na tym łóżku w pozycji takiej półsiedzącej.  Jak zaczął się skurcz miałam wypychać dziecko, choć wydawało mi się trochę to pod górkę, ale niestety innych pozycji do rodzenia nie było można wybrać. Pytałam o krzesełko to mówili, że odeszli od tego, bo po urodzeniu nie ma jak dziecka dać na brzuch do mamy i wtedy i tak trzeba wejść na to łóżko. No i zaczęła się akcja, dość męczący był ten ostatni etap (i jednak nadal trochę bolesne skurcze), a przy pierwszej próbie pokopałam lekarza bo spanikowałam. Ale przypomniałam sobie, że przy poprzednim porodzie też tak zaczęłam i potem nic z tego nie wyszło. Ale teraz powiedzieli mi co i jak i po 20 min, po kilku skurczach wyślizgnął się mały człowieczek. To było coś cudownego, na co tak strasznie czekałam, najmilszy punkt porodu. Był dość duży i ciężki w moim odczuciu. I takiego cieplutkiego położyli mi na piersi.

Tak to wszystko wyglądało i przebiegło całkiem sprawnie (w szpitalu całość trwała ok. 6 godzin), bez żadnych komplikacji i ingerencji. Więc moim zdaniem poród to bardzo ciekawe i mocne doświadczenie, ale do którego trzeba być pozytywnie przygotowanym, bo inaczej można spanikować i pozwolić, aby te dość bolesne odczucia zdominowały i uniemożliwiły normalny przebieg porodu (tak było z moim pierwszym porodem). Dla mnie było niesamowite to, że to malutkie dziecko daje taką wielką siłę sprawczą.

Po porodzie super się czułam, dziecko malutki aniołek, spokojny, ale też domagający się jedzenia wtedy, kiedy trzeba oraz lubiący się bardzo przytulać do mnie. To dla mnie super sprawa, gdyż więcej zajęcia mam przy mojej starszej córce.

Po tygodniu od porodu zaczęłam się już lepiej czuć, a teraz to już chciałabym zacząć coś ćwiczyć. Jest zdecydowana różnica w samopoczuciu po cc a po tym porodzie. Więc do zobaczenia na baby joga!

Pozdrawiam serdecznie Ciebie Agnieszko a pozostałym dziewczynom życzę dużo pozytywnego nastawienia i szczęśliwych porodów.

 

Małgosia Szaleniec