Relacja porodowa Ani

We wtorek 27 listopada 2012r, o godzinie 7.15 udało nam się po raz pierwszy spojrzeć w oczęta naszego Staśka i powiem, że jest to moment nie do porównania z absolutnie niczym.

Chciałam się z Wami podzielić swoim doświadczeniem, zwłaszcza, że było to doświadczenie bardzo dobre, zatem zaczynam.

W późny poniedziałkowy wieczór zrobiliśmy sobie z Marcinem bardzo, ale to bardzo romantyczny wieczór i podejrzewam, że to my trochę wykurzyliśmy Stasia z brzucha…

O 23.00 wpadłam na pomysł obiadu dla Marcina na następny dzień, przeszłam do czynów i poczułam tzw. ”miesiączkowe” bóle brzucha. W godzinę obiad zrobiony, co by tu, co by tu? Może sprawdzę regularność owych pobolewań? Sprawdzam. Co 6-7 min. Trwające 30 sek. Budzę Marcina. „Marcin liczymy” mówię i liczymy z Marcinem. Zgadza się. Co dalej? Dzwonić do położnej (Jola Łaszczyk) a jak wtopię i to nie poród a tu środek nocy i po co kobietę budzić? Czekamy z decyzją, w miedzy czasie każdy skurcz tańczę (kręcę tyłkiem) na piłce co bardzo pomaga. Zapada decyzja o wannie. Jak nie przejdą/nasilą się dzwonimy. Godzina w wannie, na skurczu (co właściwie nie było przeze mnie odczuwane jako skurcz ale jako dość intensywny miesiączkowy ból, a bywałe miesiączki gorsze wiele razy) kręcenie biodrami w wannie z ciepłą wodą, plus Marcin polewający mi brzuch. Skurcze są cały czas. Dzwonię. Jest 2.00, może 2. 30. Jola mówi, żeby zrobić pól godz. przerwy i do wanny znów na godzinę, aby się upewnić, czy to poród. O 4.30 dzwonię do Joli, skurcze co 5 min , 30-40 sek bez zmian. Jola mówi, że krótkie coś te skurcze i proponuje  spotkanie w Rydygierze o 7.00. Dzwonię po raz kolejny i dopytuję, czy to jest dobry moment na antybiotyk (dodatki GBS) i że właściwie to czuję parcie jak na kupę. Wtedy Jola poprosiła, abym się zbadała, czy czuję głęboko główkę dziecka. AAA, czuję! I usłyszałam  „Widzimy się za pół godz. w szpitalu”.

5.00 rano czekanie na taksówkę, ciemno, dość przyjemnie na zewnątrz, kręcę biodrami i wymrukuję niskie dźwięki, w tle jakaś baba z psem przygląda się uważnie. W taksówce kręcę biodrami na czworakach na tylnym siedzeniu, mruczę  i uprzedzam Pana, że rodzę, na co Pan, że to nic nie szkodzi… i że jego żona urodziła 2 dzieci, każde w 15 min. (dziwnie słyszeć coś takiego).

Szpital. Sala do porodów rodzinnych wolna, uff. Jolka już jest. I teraz moment kulminacyjny nr.1. Bada mnie, po czy mówi: Jest 9,8 centymetrów rozwarcia. O tak, tego mogę słuchać, teraz chcę rodzić jeszcze bardziej. Chwila zapisu KTG (na chodząco, a jak ktoś chce można w wannie). Potem wchodzę do wanny. Kręcę, kręcę. Mam butlę z gazem, na każdym skurczu trzy wdechy, bardzo pomagają, bo skurcze są już dużo silniejsze. Pęcherz płodowy cały czas cały. Badanie, zaraz rodzimy. Potrzebuję jeszcze 5 min w wodzie, chyba raczej z obawy przed kolejnym etapem, że to już niż z potrzeby łagodzenia bólu.  To jest najtrudniejszy moment. Dobrze, robimy ten krok. Przenoszę się na krzesełko porodowe, wody odchodzą. Parcie ze skurczem, i tak kilka razy może,  może 4 skurcze, może 5. Wyjście małego z łapka przy główce uszkodziło mnie na 1 cm i gdyby nikt mi tego nie powiedział, to bym nawet nie wiedziała. Kolejny skurcz rodzi się łożysko. Czas drugiej fazy porodu wg. karty wypisu  15 min. Mały ląduje na brzuchu, dopiero się rozjaśniło, Stasiek się rozgląda, jest cudny, kosmiczny, ma w sobie jakiś przekaz wszechświata i kolejna myśl ”o Boże, do wytrzymania, było dobrze, mogę mieć więcej dzieci” :) . W totalnym skupieniu na maluszku, przeszkadzał mi wenflon (założony celem podania antybiotyku przeciwko GBS i  niewyjęty od razu po podaniu), który haczył o płachtę, w którą zawinięty był maluch. Siniak po nim jest najwyraźniejszym w chwili obecnej znakiem na moim ciele pociążowo-poporodowym. Szkoda, że taki szczegół przeszkadzał.

Teraz coś bardzo ważnego: Obecność mojego męża bezcenna, pod względem organizacyjnym ale też fizycznym (dotyk) i  przede wszystkim emocjonalnym. Kręcąc biodrami można jednocześnie  tańczyć ze swoim mężem :) . Dzięki Marcinowi czułam się bezpiecznie i wiedziałam, że mogę się w 100% oddać rodzeniu.

A teraz trochę Barei. Gdy zostałam przyjęta, szpital otrzymał od Joli komplet dokumentów w tym mój dokładny plan porodu, wzór karty przyjęcia od was, z informacją o wszystkich przebytych chorobach itd. Na dzień dobry sympatyczna Pani doktor przychodzi do sali do porodów rodzinnych i wypytuje mnie o wszystko co ma na powyższych kartach już wypisane, o czym ją informuję, a ona dalej kontynuuje pytania. Mój mąż poinformował ją wówczas, że przekaże jej wszystkie informacje, a Jola zagarnęła Panią doktor ręką i z uśmiechem na ustach rzekła ”Pani doktor, idziemy”.

Bareizm nr 2) Gdzieś między 6.00 a 7.00 była zmiana szpitalnej warty, tuż przed moją fazą parcia wchodzi nowy Pan doktor i doprawdy życzliwie, acz kompletnie bez refleksji pyta mnie „Jak się Pani czuje?” A ja czuję jedynie, że jestem kompletnie gdzie indziej i że Pan doktor mi przeszkadza. Ktoś z sali w odpowiedzi rzucił „Pani rodzi”  i myślę, że to był najlepszy komentarz na „Jak się Pani czuje?”

I wywar, sama esencja Bareji:

Skurcze parte, jestem już na krzesełku porodowym, a tu wchodzi dwóch  lekarzy i chce ode mnie ok. 6  podpisów na 2 czy 3 dokumentach. Na szczęście Marcin to przeczytał, a ja podpisałam prawie iksami (i gdybym była bardziej w mocy intelektualnej, to tak bym właśnie zrobiła). Do teraz nie wiem, co dokładnie podpisałam, równie dobrze to mógłby być kredyt ;) . Na szczęście Marcin wiedział, że nie jest.

Podsumowując, Moje drogie, życzę Wam dobrych porodów, (ten powyżej trwał wg. szpitalnej karty wypisu 4h i 15 min. i uważam, że był dobry) przede wszystkim jednak, życzę Wam abyście jak najszybciej mogły spojrzeć w oczęta waszym pięknym, zdrowym  maleństwom i poczuć jak pachną i jak są przepięknie ciepłe.

Agnieszko, Tobie bardzo dziękuję za przygotowanie fizyczne i merytoryczne do porodu, uważam, że wespół z nastawieniem psychicznym do przeżywania było kluczowe, pozycje na piłce, ruch kołowy biodrami, niskie dźwięki, odpowiednie oddechy, i wiedza o tym co się dzieje z pewnością przyśpieszyły i ułatwiły poród. Dziękuję.

Pozdrawiam Was i mam nadzieję na zobaczenie niebawem.

Anna Kaupas